środa, 5 sierpnia 2009

...się kręci!

Oj to prawda... zaczęło się na dobre.
Urlop pozostał miłym wspomnieniem, o którym przypomina jedynie opalenizna...
życie nabiera tempa...
nabiera rumieńców...
w pracy jakby kryzys mniejszy (tfu tfu tfu na psa urok!)
byle tylko kondycja dopisywała!

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Byle do...świąt!

Jak trudno jest wrócić do pracy po urlopie. Wie ten, kto znalazł się w podobnej sytuacji (czyli miliony osób pracujących - ha ha ha)
Zaległości sporo, ale muszę powiedzieć, że szef zastąpił mnie godnie. Zdolny jest.
I aż takich strasznych tyłów dzięki temu nie mam.
Ale dzisiaj przez 9 godzin nie odchodziłam od komputera (no dwa razy - na siku). Klikałam, stukałam, wystukiwałam, wstukiwałam, kopiowałam, powielałam, fakturowałam... fakturowałam... fakturowałam... fakturowałam...krajówkę...
Kawę przynosiła mi nasza była stażystka (a wyspecjalizowała się w tym przez pół roku i robi naprawdę doskonałą)
Jutro mam nadzieję wyrobić się szybko, załatwić badanie kontrolne Daw i w końcu poblablać z koleżanką... bo dziś nawet radia słuchać mi się nie chciało...

niedziela, 2 sierpnia 2009

SM

jak Spółdzielnia Mieszkaniowa
tym razem jednak to skrót od Słoneczna Maruda...
Tak zostałam określona, bo (ja tam tego nie zauważyłam, ale widocznie otoczenie jest bardziej spostrzegawcze):
albo marudzę, że słońca nie ma. (a jak jest to, na pewno przyjdzie chmura i je zakryje...)
albo nie przyjdzie i będę się topić...
albo słońce grzeje za słabo i nie widać, że się opaliłam...
albo pali nie ma się gdzie przed nim schować...
Nawet jeśli to prawda - to i tak kocham słońce!

Pourlopowa depresja

...chyba mnie dopada.
Kiepskawo się dziś czułam cały dzień.
Poszłam sobie wieczorkiem do apteki kupić ziółka.
Przy okazji zmierzyłam ciśnienie - 105/66 - chyba niskie.
Na podwyższenie zjadłam puchar lodów z całkiem przyzwoitą ilością ajerkoniaku.
Nie wiem jak na ciśnienie, ale na samopoczucie nie bardzo pomogło.

sobota, 1 sierpnia 2009

Ta ostatnia sobota

To co miłe szybko się kończy.
Jeszcze tylko dzisiaj względny luzik (muszę w końcu to żelazko odpalić, bo zaraz zacznie wysypywać się z szafy to, co w niej upycham po zdjęciu ze sznurków).
Chciałam dziś jeszcze nad wodę - kolorek dopieścić, by pokazać w pracy, że nie ma to jak polskie, słońce - ale syn ma siedzieć w domu przez dwa dni plackiem, a ja aż tak wyrodna nie jestem:-)).
Powoli trzeba zacząć myśleć o tym, że w poniedziałek znów do pracy...
(Co tam mnie czeka? Brrrr... zaległości całe mnóstwo i wszystko na JUŻ oczywiście. I jak powiedzieć szefowi, że muszę się urwać, by iść z synem do kontroli?)
Życie zacznie się kręcić na wysokich obrotach.
Jeśli podejmę nowe wyzwanie to może nawet szybciej?
Przecież to lubię.