Macie czasem tak, że kupujecie sobie coś, bo wydaje się w danym momencie niezbędne i jesteście przekonani, że regularnie będzie używane. Po czym wydajecie konkretną kwotę - cieszycie oczy nową rzeczą po czym... wkładacie do szafy, na półkę... i tyle by tego było?Tak też było z moimi łyżwami. Przed kilku laty regularnie odwiedzałam nasze lodowisko. Łyżwy brałam z wypożyczalni. Wiem, ani to higieniczne, ani dla nóg zdrowe... a bo łyżwy zużyte, powykrzywiane. Ale jak się nie ma co się lubi... to się bierze co się da... I tak Śmigałam przekładanki, kręciłam piruety, a wieczorami w domu zliczałam siniaki..:)
Nie mniej jednak, jak dwa lata temu dorosłam do decyzji, że kupuję sobie moje drugie w życiu, osobiste figurówki. Tym razem białe i nie za duże.
Długo szukałam ich w internecie - wszak miały być zaczarowane i te jedyne - w końcu znalazłam , kupiłam - założyłam raz i... tyle by tego było.
Leżakowały w szafie niczym porządne wino. Tymczasem wiosna przechodziła w lato, które chwilę później ustępowało miejsca jesieni, a potem zima otulała śniegiem świat, by znów spod jej białej pierzynki przebiśniegi mogły zobaczyć słońce ... i tak dalej...
Do wczoraj.
W sekund kilka podjęłam męską decyzję. Wyjęłam pudełko z szafy. Łyżwy z pudełka. Zadzwoniłam. Córkę koleżanki wypożyczyłam.
I pojechałyśmy.
To nic, że tyłek jeszcze trochę boli od wczorajszego upadku.
Sezon łyżwiarski uważam za otwarty!
Dzisiejsze ziarnka:
:) jeszcze niedziela
:) piruetki znów gotowe do użycia
:) uśmiechnięty początek dnia



