Od czasu owego sms minęły ponad dwa miesiące.
Wszystko we mnie jednak żywe. Czasem wydaje mi się, że emocje nieco wyblakły.
A następnego ranka wciąż gadam do lustra, gdy pomyślę...
co by było gdyby...
gdybym owego dnia pojechała normalnie na zajęcia...
gdybym nie zaufała mojej intuicji...
...nie pamiętam kiedy się tak bardzo bałam, że komuś stanie się krzywda...
Zostałam potem nazwana wstrętną manipulantką...
nie żałuję jednak...
że pojechałam z odsieczą...
że wezwaliśmy ostatecznie policję...
że pomogliśmy się wyprowadzić...
żałuję jednego i jakoś nie umiem sobie wybaczyć...
żałuję, że kilka miesięcy temu uwierzyłam Puelli w bajeczkę o siniaku na policzku... powstałym niby w wyniku zderzenia z oknem...
I zagadka na dzisiaj:
Wiecie, co robi Psychopata-Dżentelmen rozpoczynając "wykładanie swoich racji" (czyt. rozmowę, a raczej bardziej monolog".?
- zdejmuje ukochanej okulary... niech ta drży w świadomości, że wkrótce padnie cios...
.Sku....wiel.
Życie jest jak pudełko czekoladek - uwielbiam mleczne, a raz po raz trafiam na gorzkie...
wtorek, 7 maja 2013
niedziela, 5 maja 2013
Miejsce w życiu
- Mogę przenocować u Ciebie? - usłyszałam otulona w kołdrę po uszy w telefonie znajomy głos.
- Jasne. Czekam - pytania były zbędne.
Wizyta Puelli w samym środku tygodnia, prawie w środku nocy? Zdziwiła mnie bardziej niż trochę, ale z autopsji wiedziałam, że w życiu przedziwne rzeczy czekają za zakrętem.
Trzydzieści minut później Puella siedziała na mojej kanapie z kubkiem herbaty w ręce, przemarznięta i zrezygnowana. Wyglądała trochę jak balonik, z którego uszło powietrze.
Otrzymany pół godziny wcześniej sms uświadomił Jej bowiem , że tej nocy do domu nie wejdzie.
- Jasne. Czekam - pytania były zbędne.
Wizyta Puelli w samym środku tygodnia, prawie w środku nocy? Zdziwiła mnie bardziej niż trochę, ale z autopsji wiedziałam, że w życiu przedziwne rzeczy czekają za zakrętem.
Trzydzieści minut później Puella siedziała na mojej kanapie z kubkiem herbaty w ręce, przemarznięta i zrezygnowana. Wyglądała trochę jak balonik, z którego uszło powietrze.
Otrzymany pół godziny wcześniej sms uświadomił Jej bowiem , że tej nocy do domu nie wejdzie.
"Miejsce szmaty jest na wycieraczce"
piątek, 22 lutego 2013
Takie rzeczy...?
Piątek. Godzina 12.20.
Telefon od jednego ze współpracowników.
"Zostawiła pani okno otwarte w aucie od strony pasażera..."
Pobiegłam na parking... Zobaczyłam...
I..... wzięłam zmiotkę i zabrałam się za czyszczenie wnętrza samochodu ze świeżo nawianego śniegu... :D
Ten sam piątek. Godzina. 16.40.
Na parkingu pod marketem przepchałam przez zaspy wózek pod samochód.
Pilot zrobił "pik pik".
Trochę mnie zdziwiło, że zamek bagażnika nie wydał dźwięku odblokowując się.. ale chwyciłam klapę i otwarłam...
I.....
Oniemiałam....
Ktoś wsadził do bagażnika mojego autka jakieś papierowe wypchane torby? Tylko kiedy??? I Kto????!!!
Zamknęłam klapę. Ponownie otwarłam.
Nie zniknęło. Zamknęłam czym prędzej i zanim udało mi się wpaść w panikę, rzuciłam kątem oka na rejestrację...
Moja corsunia, notabene bliźniaczo podobna, była zaparkowana o dwa auta wcześniej....
:D.
Takie rzeczy tylko mi?
Miłego wekendu. :).
Tylko mi?
poniedziałek, 11 lutego 2013
Gdzie są kina z tamtych lat...
Zachciało mi się wczoraj kina. No może raczej filmu.
Na dodatek musicalu.
Poszłam więc.
Nędznicy. Film, którym takiegosobie nastroju, raczej się nie poprawi... ale w zamian miało być dużo dobrego, przestrzennego dźwięku.
Był. I owszem...
Przez pierwszą godzinę dobiegały z korytarza kinowego dzikie wrzaski dzieciaków świętujących urodzinki. Zaś tuż obok mnie, z miejsca nr 13, słychać było regularne "chrup, chrup, ciamk ciamk, liup liup".
Nosz, do jasnej cholery...
O ile popkorn jestem jeszcze w stanie zdzierżyć... to ani zapachu, ani dźwięku spożywania naczosów (czy jak im tam) - ni chu chu.
Być może budzą się już we mnie powoli cechy starszej upierdliwej pani... ale po braku reakcji na moje zniesmaczone westchnienia po kolejnym "chrup chrup, mlask mlask" zapytałam (nawet w miarę uprzejmie):
"czy mogłaby pani chrupać ciszej"?Osoba obok okazała się na tyle kulturalna, ze obiektywnie muszę stwierdzić - faktycznie starała się konsumować nieco ciszej. Jednak nie potrafiłam się maksymalnie skoncentrować na filmie, oko mimowolnie zezowało w kierunku dziewczyny i bacznie obserwowało ruch ręki do pudełka z chipsami. Ucho moje zaś w napięciu oczekiwało na kolejne "chrup chrup"...
Po godzinie zmagania się samej z sobą, pozbierałam manatki i przesiadłam się dwa rzędy niżej... pan obok zajadał orzeszki. Ale a szczęście bezdźwięcznie.
Swoją drogą ... idzie człek do kina, na poważny film a nie jakąś dziką komedię...nastawia się głębsze refleksje, odpowiednią atmosferę...
a tu .... chrup chrup... i ohydny, mdły zapach tych meksykańskich sosów...
Nagłośnienie w salce kinowej Cinema City też raczej pożal się Boże...
Przypominam sobie "upiora w oprze" oglądanego kilka dobrych lat temu w Multikinie...
Tam dźwiękiem byłam przesiąknięta od stóp do głów...i na dodatek regularnie odziewałam się w gęsią skórkę...
a tu....
jakby mono...
Po dwugodzinnoczterdziestominutowym seansie opuszczałam salę z uczuciem niedosytu...
Chyba naprawdę się starzeję...
Coraz trudniej mi dogodzić....
ps. a jak se pomyślę, że kino, w którym spędziłam w mojej młodości mnóstwo przemiłych chwil zamienili na Biedronkę... to mnie po prostu trafia szlag!.
Na dodatek musicalu.
Poszłam więc.
Nędznicy. Film, którym takiegosobie nastroju, raczej się nie poprawi... ale w zamian miało być dużo dobrego, przestrzennego dźwięku.
Był. I owszem...
Przez pierwszą godzinę dobiegały z korytarza kinowego dzikie wrzaski dzieciaków świętujących urodzinki. Zaś tuż obok mnie, z miejsca nr 13, słychać było regularne "chrup, chrup, ciamk ciamk, liup liup".
Nosz, do jasnej cholery...
O ile popkorn jestem jeszcze w stanie zdzierżyć... to ani zapachu, ani dźwięku spożywania naczosów (czy jak im tam) - ni chu chu.
Być może budzą się już we mnie powoli cechy starszej upierdliwej pani... ale po braku reakcji na moje zniesmaczone westchnienia po kolejnym "chrup chrup, mlask mlask" zapytałam (nawet w miarę uprzejmie):
"czy mogłaby pani chrupać ciszej"?Osoba obok okazała się na tyle kulturalna, ze obiektywnie muszę stwierdzić - faktycznie starała się konsumować nieco ciszej. Jednak nie potrafiłam się maksymalnie skoncentrować na filmie, oko mimowolnie zezowało w kierunku dziewczyny i bacznie obserwowało ruch ręki do pudełka z chipsami. Ucho moje zaś w napięciu oczekiwało na kolejne "chrup chrup"...
Po godzinie zmagania się samej z sobą, pozbierałam manatki i przesiadłam się dwa rzędy niżej... pan obok zajadał orzeszki. Ale a szczęście bezdźwięcznie.
Swoją drogą ... idzie człek do kina, na poważny film a nie jakąś dziką komedię...nastawia się głębsze refleksje, odpowiednią atmosferę...
a tu .... chrup chrup... i ohydny, mdły zapach tych meksykańskich sosów...
Nagłośnienie w salce kinowej Cinema City też raczej pożal się Boże...
Przypominam sobie "upiora w oprze" oglądanego kilka dobrych lat temu w Multikinie...
Tam dźwiękiem byłam przesiąknięta od stóp do głów...i na dodatek regularnie odziewałam się w gęsią skórkę...
a tu....
jakby mono...
Po dwugodzinnoczterdziestominutowym seansie opuszczałam salę z uczuciem niedosytu...
Chyba naprawdę się starzeję...
Coraz trudniej mi dogodzić....
ps. a jak se pomyślę, że kino, w którym spędziłam w mojej młodości mnóstwo przemiłych chwil zamienili na Biedronkę... to mnie po prostu trafia szlag!.
wtorek, 1 stycznia 2013
Lepsiejszego 2013!
Sylwestra spędziłam zaopatrzona w gorącą herbatę z sokiem malinowym, mandarynki i ciasto z jabłkami własnej roboty pod milusim kocykiem.
W towarzystwie bardziej lub mniej poharatanych psychicznie bohaterów "Miłości i innych dysonansów" tudzież częściowo bliższych i dalszych znajomych zalogowanych na gadu czy fejsbuku. Sąsiedzi z dołu około 18-stej wynieśli się na jakąś imprezkę, bo muzyka ucichła - a szkoda - fajnie grali...
Nawet nie usiłowałam włączyć tv.
2013 rozpoczął się zaś serią interesujących zdarzeń, tak cobym miała świadomość, że ta "trzynastka" na daremno w dacie nie widnieje.. A generalnie przesądna przecież nie jestem.
Rozbiłam termometr. Rtęciowy (tych alkoholowych czy jakich tam nie mam siły "strzepnąć"). Pozamiatałam z podłogi tylko okruchy szkła i srebrzyste kuleczki.
Chwilę później w to samo miejsce spadł mi talerz z drugim daniem Pierworodnego. Żeby nie było - do góry dnem. Z uwagi na ewentualne pozostałości po poprzednim incydencie jedzenie poszło w śmietnik. Zjedliśmy na pół moją porcję. Docisnęliśmy mandarynkami.
Potem spaliła się żarówka w pochłaniaczu.
Nie mam sposobu na zarazę, która rozgościła się w naszym eM w listopadzie. Ja pół biedy... ale Pierworodny...
Dlatego:
Żadnych podsumowań.
Żadnych planów.
Żadnych celów.
Pełna improwizacja.
No.
W towarzystwie bardziej lub mniej poharatanych psychicznie bohaterów "Miłości i innych dysonansów" tudzież częściowo bliższych i dalszych znajomych zalogowanych na gadu czy fejsbuku. Sąsiedzi z dołu około 18-stej wynieśli się na jakąś imprezkę, bo muzyka ucichła - a szkoda - fajnie grali... Nawet nie usiłowałam włączyć tv.
2013 rozpoczął się zaś serią interesujących zdarzeń, tak cobym miała świadomość, że ta "trzynastka" na daremno w dacie nie widnieje.. A generalnie przesądna przecież nie jestem.
Rozbiłam termometr. Rtęciowy (tych alkoholowych czy jakich tam nie mam siły "strzepnąć"). Pozamiatałam z podłogi tylko okruchy szkła i srebrzyste kuleczki.
Chwilę później w to samo miejsce spadł mi talerz z drugim daniem Pierworodnego. Żeby nie było - do góry dnem. Z uwagi na ewentualne pozostałości po poprzednim incydencie jedzenie poszło w śmietnik. Zjedliśmy na pół moją porcję. Docisnęliśmy mandarynkami.
Potem spaliła się żarówka w pochłaniaczu.
Nie mam sposobu na zarazę, która rozgościła się w naszym eM w listopadzie. Ja pół biedy... ale Pierworodny...
Dlatego:
Żadnych podsumowań.
Żadnych planów.
Żadnych celów.
Pełna improwizacja.
No.
Subskrybuj:
Posty (Atom)