Scenka pierwsza.
Natarczywy dzwonek do drzwi. Iwi spogląda przez judasza. Jakiś mały chłopczyk. Nie zna go. Mimo swej pełnoletności - nie otwiera. Ciepło jest. Chodzi po domu w staniku i majtkach. Chłopiec nie daje jednak za wygraną. Dzwoni kolejny raz. "Otwórz Ty - jesteś ubrany" Iwi zwraca się do swego Niemęża.
- Dzień dobry. Czy jest pani Iwi? - usłyszawszy swoje imię Iwi wkłada na siebie gruby jasnozielony szlafrok, który miałam okazję zobaczyć swego czasu na wyjeździe w Zakopanem i pokazuje się w drzwiach.
- Pani jest koleżanką mojej mamy. Mam osiem lat. Mama napisała do pani karteczkę. Nie umiem czytać. Proszę.
"Cześć Iwi. Pamiętasz, chodziłyśmy razem do podstawówki. Mieszkam w klatce obok. Czy mogłabyś mi pożyczyć 20 zł do 10-tego?"
Iwi rozłozył ten list na czynniki pierwsze. Faktycznie wie, że koleżanka z klasy mieszka w tym samym bloku. Nigdy się jednak nie przyjaźniły. Iwi się uczyła. Ona nie. Iwi chodziła na lekcje. Ona na wagary. Po zakończeniu szkoły podstawowej nie zamieniły ze sobą ani słowa... aż dziś... ten list.
Iwi spojrzała na malca. Ośmiolatek. Nie wygląda na tyle. Spojrzała raz jeszcze na kartkę. Na malca. Serce jej się ścisnęło. Pobiegła poszukać pieniędzy. Kto jednak dzisiaj gotówkę w domu trzyma, skoro wszędzie (podobno) można płacić kartami? Wysupłała jednak jakieś klepaki z dna torebki, kieszeni zimowego płaszcza i trochę ze skarbonki - całe 16 zł wręczyła chłopcu.
- Dziękuję - grzecznie się ukłonił i odszedł. Iwi stała jeszcze kilka chwil w przedpokoju.
Oniemiała.
Scenka druga.
Urodziny. Uprzątnięto stół po sutym, typowo śląskim obiedzie: czorne kluski, modro kapusta, rolady zawijane..z sosem. Biesiadnicy napchani po uszy, ale co to za obiad bez deseru. Na stół wjechały zatem ciasta. Takie, siakie, owakie.
Je się. Pije się. Gawędzi się Opowiada się. Ogólna imprezowa wesołość panuje.
Dźwięk dzwonka do drzwi przerywa rozmowę w pół zdania. Odrywa od stołu gospodynię.
- Dzień dobry. Czy ma może Pani coś do jedzenia? - głos należy, na oko, do dziesięciolatka.
Pani Te znana z dobrego serca i poczucia obowiązku, że głodnych nakarmić trzeba, szybko zakrzątnęła się w kuchni. Wyjęła dużą torbę i zapakowała co tam mogła i miała. Dorzuciła jeszcze ciasto urodzinowe ze stołu, na które ochoty, ani siły nikt już nie miał (zaczęto bowiem przekąszać i zakąszać)
Chłopak wziął w dwie ręce reklamówę z wałówą, podziękował i poszedł.
Za chwil kilka rozległ się ponownie dzwonek.
- Pewnie chłopak przyszedł powiedzieć, że dziękuje, ale ciasto nieświeże - rzucił jeden z biesiadników, a goście poddali sie ogólnej wesołości.
- Proszę pani, proszę pani... a czy mogłaby pani dać jeszcze cukier i proszek do prania?
...czy może bezczelność...?
Iwi opowiedziała. Ida zanotowała.
Dzisiejsze ziarnka:
:) naleśnikowa niespodzianka
:) czternaście lat minęło, jak jeden dzień..:)
:) kubek gorącej herbaty w zimnie przedpołudnie