czwartek, 5 sierpnia 2010

36 godzin

Dokładnie tyle ile spędziłam minionego weekendu w Zakopanem.
W tym czasie udało mi się:
1. Pierwszy raz w życiu (w wieku 39 lat!) złapać stopa.
2. Wyszaleć się do rana na imprezce w Europejskiej.
3. Wygrać z niedyspozycją żołądkową.
4. Dotrzeć do Doliny Pięciu Stawów.
5. Posłuchać niesamowitej ciszy siedząc na kamolu przy Wielkim Stawie.
6. Zachwycić się  fiołkami.
7. Wszamać bigos (konstystencji kapuśniaka) w schronisku na szczycie.
8. Przeżyć burzę z piorunami na szlaku w drodze powrotnej (Nie polecam. Prawie umarłam.)
9. Pomieszkać w najwyżej położonej miejscowości w Polsce, skąd najbliżej do nieba.

I  najfajniejsze:

10. Połknąć bakcyla górskich wędrówek. Wrócę tam. Na pewno.

A to wszystko dzięki ofercie Last Minute zaoferowanej przez koleżanki.
To był weekend pełen niezapomnianych ekstremalnych  wrażeń. 
Dzięki. 


Dzisiejsze ziarnka:
:) pozostałości po pieruńskich zakwasach
:) uśmiechnięte wspomnienia
:) zdjęć oglądanie

17 komentarzy:

  1. Last minute najlepsze :)) Życie pełne niespodziewajek ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zakwasy górą :P czuje się wtedy, że się żyje :) a tak poważnie :) gratuluję złapania stopa :) i cieszę się, że miałaś taki miły weekend :) każdemu się należy :) teraz odpoczynek? :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bo takie spontaniczne, last- minutowe okazje są najlepsze:-)

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo prosze. Dla Nas to też były niezapomniane 36 h. Polecamy się na przyszłość - Last Minute Extrim. :o) (o:

    OdpowiedzUsuń
  5. Lubię zakwasy, a stopa nie łapałam już od ohohohoo
    więc tym bardziej podziwiam.I witam ponownie ;-)

    OdpowiedzUsuń
  6. Piękne przeżycia w pigułce! Dziękuję i życzę Ci powrotu na szlak :)

    OdpowiedzUsuń
  7. myszko, zgadza się - NIESPODZIEWAJKA.

    Mi, masz rację. Uwielbiam zakwasy (niektórzy mnie w tym względzie o masochizm posądzają):-)))

    aeljot, Horacy nakazał chwytać dzień. Tom chwyciła:)

    ladybird, najlepsze z najlepszych.

    Gucio - zdecydowanie extrim. POmimo niezdecydowania się na skok na bandżi:)

    Kontrolerko, a witam witam. Kurcze jakoś mało czasu latem na blogowanie... nie mniej wkrótce długie zimowe wieczory... i powrócę tu już mam nadzieję regularnie:)

    Margo, to ja dziękuję:)))

    OdpowiedzUsuń
  8. Dziękuję za opisane emocje!

    OdpowiedzUsuń
  9. To się wyspinałaś, że tak powiem...własnoręcznie ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Super wyprawa, super wspomnienia - bezcenne :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Gratuluję udanego wypadu w góry! Mnie w tym roku żadna burza nie dopadła, ale domyślam się że to musi dostarczać ekstra wrażeń. Grunt, że cała wróciłaś. Pozdrawiam serdecznie! :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Takie wyjazdy są najlepsze! ;) Wrażenia niezapomniane i moc energii z nich zostaje! ;)) Rewelacja. ;))

    OdpowiedzUsuń
  13. Cudne wrażenia!!! :))
    Ja też tam byłam, bigos jadłam, dolinę Pięciu Stawów zwiedziłam, burzy nie przeżyłam.
    Mam nadzieję, że częściej sobie pozwolisz na takie wyjazdy, doskonale odświeżają człowieka, tylko potem tak trudno wrócić do pracy...
    pozdrawiam pourlopowo!

    OdpowiedzUsuń
  14. Dolina Pięciu Stawów jest CUDOWNA! I ta szarlotka w schronisku -mmmm ;) Na burzę tam nie trafiłam, że pamiętam, jak na Zawracie otoczyły nas gęste, czarne chmury... było straszno, ale odfrunęły ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. Chociaż wolę Bieszczady to powiem, że Ci zazdroszczę tego wyjazdu ... zazdroszczę niezapomnianych, ekstremalnych wrażeń (pozytywnie zazdroszczę ... zwłaszcza burzy:):)

    OdpowiedzUsuń