piątek, 5 lutego 2010

Łańcuszek

Mała Mi poprosiła mnie bym wpadła. Na szczęście do Niej. I odpowiedziała na parę pytań. No to odpowiadam.

1. Czy macie książkę, przez którą choć raz zapomniałyście o świecie? Np wysiąść na odpowiednim przystanku? 

Niech no pomyślę.
Kiedyś, gdy  na całej długości drogi do pracy korzystałam wyłącznie ze środków komunikacji miejskiej zdarzało mi się zaczytać i przegapić przystanek. Czas podróży był niejednokrotnie jedynym czasem, w którym mogłam  poczytać w spokoju... Błogie to były chwile... mogłam przenieść się z mojego świata pełnego bólu, zakrętów i niespodziewanych zwrotów akcji... tam, gdzie było normalnie...gdzie była  nadzieja...

2. Czy marzyliście kiedyś o napisaniu książki? Jeśli tak, to jaka by to była książka?
 
Nie pamiętam już czy miała to być książka... ale kiedyś z Moją Siostrą Cioteczną Od Strony Matki dostałyśmy weny i zaczęłyśmy pisać "Było sobie raz nieposłuszne gówno..." Utknęłyśmy w tym miejscu zanim jeszcze się dobrze akcja rozwinęła... dałam sobie wiec spokój z pisaniem powieści i opowiadań... przerzuciłam się na pamiętniki i zapiski... do szuflady.

3. Książka, która Was zawiodła? Nudą, pustką... czymkolwiek? 
Pewnie, że się trafiła. Zazwyczaj nie czytałam do końca... i nie zaśmiecam sobie pamięci ich tytułami...


Teraz wypadałoby mi wkręcić kolejne cztery osoby... ale mój łańcuszek będzie taki... bez wisiora...:-)

ps.

Doinformowałam się.

Skruszony Amator Narciarstwa nękany wyrzutami sumienia natychmiast się przyznał.
Dobrowolnie pojechał do szpitala.
Sprawę wytłumaczył.
Kobiecinę zrehabilitował.








  foto  Jola Lipka

środa, 3 lutego 2010

Bo sport to zdrowie!

Zegar wskazywał   godzinę 15.30,  gdy znalazłam się wczoraj na moim osiedlu.
I było jasno! Naprawdę jasno! Błękitne kawałkami niebo. I słońce... Genialnie... Aż się żyć zachciało!
Idzie wiosna! Idzie  lato..!
A jeśli lato to i sporty letnie.  Carvinki i snowboard do piwnicy, a na światło dzienne, rowery, rolki, płetwy..
Dla jednych radość, dla innych...
No właśnie...
Zagorzały  Amator Narciarstwa (nazwijmy go AN) zmartwiony tym, że od lipca do zimy całych długich  miesięcy sześć, a u niego w szafie od przedwczoraj nowiusieńki, odjazdowy, kupiony okazyjnie za grosze, kombinezon narciarski, postanowił intensywnie żyć, by w ten sposób skrócić czas OCZEKIWANIA...
Pewnego letniego popołudnia zaprosił wiec kolegów do siebie... na poddasze. Na karty. Na piwko. Kiedy tak rzucali kolejne fule, karety, parki..., piwka ubywało z lodówki.....a słońce schowało się za horyzontem...bohater nasz nie wytrzymał -  pękł. Pochwalił się koleżkom trzem jak cudny nabytek wisi mu w szafie i jak strasznie mu źle, bo tyyyle czasu jeszcze musi czekać,  by go wykorzystać...Towarzystwo rozpalone pasjonującą rozgrywką, procentami i gorącem bijącym od nagrzanego dachu zaproponowało, by nasz AN wskoczył czym prędzej w ciuszek....
-Ty przecież to po schodach możesz zjechać.! - propozycja choć na pierwszy rzut oka absurdalna wywołująca salwy śmiechu,  okazała się być (po jeszcze jednym piwku) całkiem całkiem do wykonania realną. Nie zwlekając już ani chwili, zachęcany gromkim "dawaj" zniknął  AN na chwilkę w szafie , by po chwili pokazać się w całej krasie.
 - Fju, Fju.... Rasowy narciarz z ciebie...
A tenże gorąco dopingowany przez żądne zabawy  towarzystwo,  wyszedł na korytarz, przypiął narty, .. i. sru!... zjechał......wprost do mieszkania sąsiadki, która słysząc rumor na górze, uchyliła  na moment drzwi  i wyjrzała na klatkę... Narciarz z rozpędem przewrócił kobiecinę, sam przy upadku nie doznając kontuzji.  Pozbierał się prędziutko i czmychnął.
Następnego dnia skacowany fizycznie i moralnie udał się do sąsiadki celem jej przeproszenia... i wytłumaczenia się, bo mimo wszystko... głupio wyszło...
A jeszcze głupiej poczuł się, gdy otworzył mu drzwi jakiś obcy pan i powiedział:
- Zabrali ją do szpitala. Psychiatrycznego! Panie! Środek lata! A ona wciąż to samo:  że potrącił,   że narciarz, że  na schodach, że w kombinezonie...

(Iwi opowiedziała. Ida zapisała.)

wtorek, 2 lutego 2010

Jak dobrze mieć sąsiada



Poczytałam dziś skoro świt u  Madame o jej psie, sąsiadce i czystych schodach...
I  mi się tak przypomniało.



Mieszkam na siódmym. Z windą. Bez upeesu.
A że prądu czasem brak...
...
Targałam więc lat temu trzynaście wózek typu kolubryna (wielki, ciężki, z grubych metalowych rurek, bo przecież modne ) z wrzeszczącym (bo głodnym) Pierworodnym  i konkretnymi zakupami (spacer spacerem, przyjemność przyjemnością, jeść, prać jednak trza).
Na czwartym  sąsiadka nawijała zawzięcie ze swymi koleżkami.
Nogi i  ręce słabły mi ze schodka na schodek. W końcu powiedziały stanowcze dość. Postawiłam więc w miarę ostrożnie, limuzynę na cztery koła.
- Dzień dobry! zawowłałam  radoścnie widząc gawędzącą POMOC.
  Towarzystwo spojrzało  na mnie, na wózek... znowu na mnie (uroczo pewnie nie wyglądałam, spocona, potargana z wywiniętym w esafloresa kręgosłupem )
- Oho ho!... Ciężko?
- Noo... trochę tak...
- Na które piętro?
- Na siódme.
- Uuuuu.... No to tylko współczuć.
I towrzystwo wróciło ochoczo do przerwanej, było nie było przeze mnie, rozmowy.
Zdębiałam. Otwarłam oczy szerzej niż kiedykolwiek umiałam.
Docisnęłam dolną szczękę do górnej.
Wycedziłam pod nosem zrezygnowane "do widzenia", zarzuciłam wózek na biodro i  osłupiona podreptałam dalej.
Pierwsze kroki w  WIELKIM MIEŚCIE.

poniedziałek, 1 lutego 2010

Nad brzegiem błękitnej rzeczki...











Przepalone żarówki.
Trzy.
Cichy gwar.
Okrągły stolik.
Bordowy obrus.
Puste krzesła.
Herbata.
Ja.
I jeszcze.
Różany rogalik.