piątek, 5 marca 2010

Pranie

Piąteczek.... nareszcie. Jak miło.
Choć pogoda  wyprała świat ze złudzeń. Zawiało i  zamiotło, że ho ho. Ale tak sobie myślę, że nawet dobrze... bo przecież, gdy prawdziwa wiosna rozgości się już na dobre, na polach , w sercach , placach zabaw i  skwerach  zachwycę się Nią po stokroć bardziej. 
Pogoda wyprała świat,. A ja ....wyprałam moje golfiki. Ulubione. Białe. Ecru. Były.
Teraz są jakby blado różowe... :)
Nic to.
Jutro kupię dekoloryzator i poddam  reanimacji. . A jak nie...
Jak nie...  to i tak nie będę płakać.
Kupię nowe!
Może nawet kolorowe:)


Dzisiejsze ziarnka:
:) szelmowski plan aniołków
:) likwidacja zaległości w pracy
:) endorfiny wciąż szaleją, szaleją...

czwartek, 4 marca 2010

Jak to leciało?

Godzina 17 minutami Do zmierzyła gorączkę. 40 stopni.
Rozpaloną i powłóczącą nogami Koo wpakował do samochodu i powiózł w te pędy do właściwej im przychodni.
- Nie no o tej porze, to już nie ma lekarza, ale mamy podpisaną umowę z pogotowiem, proszę tam się udać.
Mąż zapakował  zatem słabnącą Do w auto. I popruł  na drugi koniec miasta,  na pogotowie.
- Nie, nie... to nie u nas.. u nas jest tylko dyżurny onkolog, radiolog i (ktoś tam jeszcze, kogo nie spamiętałam). Ale prosze spróbować w Wojskowym... tam na pewno się uda...
Zdesperowany mąż wziął kolejny raz Do pod rękę, pomógł wsiąść do samochodu i kolejny raz wcisnął gaz... na szczęście daleko nie było.
 Zaparkował. Zaprowadził Do  do poczekalni... posadził na krześle a sam poszedł do recepcji i zaczął tłumaczyć , że poszedł  tu i tu ,  i stamtąd posłali go tam, a stamtąd posłali go tu, a Do ma 40 stopni gorączki i nie wiedzą co zrobić.
- Dobrze, dobrze,  proszę poczekać,  zaraz przyjdzie lekarz.
Koo wrócił więc do Do i przeprowadził ją gdzie indziej. Pod drzwi gabinetu. A tam dwie panie w moherowych beretach (zagadka - co robią o tej porze dziarskie emerytki u dyżurującego lekarza) stoją oparte o futrynę drzwi do gabinetu i wieszają psy po sobie, która to pierwsza ma wejść...
- Lutnij jej - wyrywa się jednemu z czekających i obserwujących zdarzenie młodych pacjentów.
Do nie ma  sił, Słania się już  na nogach, gdy po dwóch godzinach oczekiwania wchodzi do gabinetu.
- Wejść z tobą? pyta Koo.
- Nie wejdę sama. Po czym po pięciu minutach wychodzi z załzawionymi oczami. Szybko bierze Koo za rękę i wychodzą.
W domu Do relacjonuje wizytę u lekarza:
- Nie, ja nie mogę pani przyjąć... złamię prawo. Nie z nami pani przychodnia ma podpisany kontrakt. Absolutnie nie mogę. Pani musi tam a tam... na pogotowie najlepiej...
- Ale ja nie przyszłam po L4, tylko po to, by pan mi pomógł zwalczyć chorobę, ale jeśli tym sprawiam panu kłopot, to dziękuję... Do sięgnęła drżącą ręką po kartotekę... w tym momencie lekarz wyrwał ją z jej ręki. Przeprowadził 3 minutowy wywiad, po czym był  wdech i wydech i recepta na antybiotyk. 

Koo z miejsca  trafił szlag.
Do wiedziała,  co robi nie pozwalając mu wejść ze sobą.
Zamiast recepty pewnie otrzymywaliby wezwanie do sądu za splucie wulgaryzmami  i zdemolowanie pomieszczenia...

"Przyjmuję z szacunkiem i wdzięcznością dla moich Mistrzów nadany mi tytuł lekarza i w pełni świadomy związanych z nim obowiązków przyrzekam:
  • obowiązki te sumiennie spełniać;
  • służyć życiu i zdrowiu ludzkiemu;
  • według najlepszej mej wiedzy przeciwdziałać cierpieniu i zapobiegać chorobom, a chorym nieść pomoc bez żadnych różnic(...) mając na celu wyłącznie ich dobro i okazując im należny szacunek;
  • nie nadużywać ich zaufania i dochować tajemnicy lekarskiej nawet po śmierci chorego;
  • strzec godności stanu lekarskiego(...)postępując bezstronnie i mając na względzie dobro chorych;

    PRZYRZEKAM TO UROCZYŚCIE!"
Chyba doktorkowi (i całej reszcie też) się zapomniało , że TAK to leciało....

Dzisiejsze ziarnka:
:) uśmiechnięte oczy w lustrze
:) snowboardowe zwycięstwo Pierworodnego
:) wiosenne myśli sprzed lat

środa, 3 marca 2010

Pożyję jeszcze

- Chciałaś mieć córunię, no to ją masz! - powiedział zdecydowanie niegrzecznym  tonem Pierworodny  natychmiast po wyjściu od fryzjera.
Wczoraj zaprowadziłam go  tam niemal siłą, ponieważ dość miałam  patrzenia na raz po raz wpadające do talerza włosy.
- Do końca marca nie idę do szkoły! Będę czekał w domu aż mi odrosną! - gdy tylko otwarłam drzwi mieszkania, wszedł, złapał za czapkę leżącą w przedpokoju,  ubrał ją  i rzucił się na łóżko.
Siedziałam cichutko... bo co, cholera chłopak miał rację. Spitroliła mu fryzurę, że hej. Sama,  nie wtajemniczona w arkana sztuki fryzjerskiej  ciachnęłabym lepiej. Pocieszałam biedaka jak mogłam. Że to niby nie zęby, że odrosną szybko... i takie tam pierdoły... uspokoił się nieco... do chwili, w której znów zobaczył swe odbicie w lustrze... Dla 14-latka niewidzialny prawie pryszcz to tragedia, a co dopiero włosy, które na swej długości sporo straciły..
Pamiętam z resztą jak sama  kiedyś , będąc o wiele starszą, wyłam przez godzinę, bo wizja mojej fryzury różniła się zdecydowanie od tej, którą wyczarowała mi  mistrzyni grzebienia i nożyczek... 

Nic no. Ubłagałam fryzjerkę,  do której zazwyczaj chodzę ja, by nas wcisnęła w swój napięty DZIŚ harmonogram...
Uratowała mi życie...:)

Dzisiejsze ziarnka:
:) powitał mnie cudnie błękitny poranek
:) dusza uśmiechała się wciąż

:) kupiłam sobie czerwone tulipany

*Zdjęcie znalezione Tutaj

wtorek, 2 marca 2010

Ziarnko do ziarnka

Podobno trzeba codziennie nazwać po imieniu rzecz dobrą, która się stała,. Zanotować  skrupulatnie każdy najmniejszy jej uśmiech, a na koniec miesiąca otworzyć księgę, spojrzeć przez  różowe okulary... by powiedzieć, jak  fajnie jest być.



Zaczynam od dzisiaj.


:) na skwerku w mieście zakwitły żółte krokusy
:) w drodze do pracy towarzyszyło mi budzące dzień słońce
:) cieplejszych wspomnień powiał wiatr

poniedziałek, 1 marca 2010

Wszystko co dobre...

... szybko się kończy...

Mimo wszystko warto  od czasu do czasu spojrzeć na życie  z innej perspektywy.
Przenieść się w głąb zaczarowanego lustra. W zupełnie inny, nieznany dotąd wymiar. Pozwolić atmosferze nabrać tchu... roześmianym bańkom myślanym wznieść się wysoko... wysoko...
Ponad to.

Jesteśmy super.

 
Dopiero co.... ale dziś... 
Dziś nawet kosmita nie byłby w stanie wyprowadzić mnie z równowagi :)